Dziesiąta edycja Pionka, jest czwartą edycją, którą odwiedziłem. Nie będę zachwalać ilości dostępnych gier, ani najważniejszej rzeczy na Pionku - atmosfery. Gdybym postanowił się tym zająć, zapewne artykuł byłby niesamowicie długi ;) Skoncentruje się więc, na tym w co udało mi się zagrać na jubileuszowym X Pionku.
Na pierwszy ogień poszedł Marrakech, szybka i przyjemna gra logiczna o dywanach. na szachownicy 7x7 pól, gracze poruszają pionem Assama
.
Mogą przekręcić go o 90 stopni bądź pozostawić prosto, następnie rzuca się kostką i rusza się Assama
o tyle pół ile przedstawia kostka. Jeśli pionek wejdzie na dywan innego gracza, należy mu wypłacić tyle pieniędzy ile pól zajmują dywany przeciwnika, po czym kładzie się przy Assamie
swój dywan. Szybkie, proste, ale daje wielką frajdę. Partia rozegrana w wariancie dwuosobowym z Szopą.
Jako drugi na stół powędrowało Metropolys
, gra ze stajni Ystari, czyli twórców słynnego Caylusa
(w którego swoją drogą nie grałem...). Gra okazała się przyjemnym zaskoczeniem, trzeba przy niej główkować, jednak nie mogę powiedzieć, że jest bardzo mózgożerna. Każdy z graczy dostaje zestaw budynków ponumerowanych od 1 do 13. Pierwszy gracz stawia budynek w dowolnej dzielnicy, kolejni gracze mogą albo postawić budynek o większej wartości w sąsiedniej dzielnicy albo spasować. Gdy wszyscy gracze spasują a kolejka dojdzie do osoby która postawiła budynek jako ostatnia, znacznik odwraca się i uznaje się za wybudowany. Dodatkowo każdy posiada dwa ukryte cele, jak np dodatkowe punkty za każdy budynek na polu przemysłowym lub wybudowanie trzech swoich budynków w rzędzie. Gra kończy się gdy któryś z graczy pozbędzie się wszystkich budynków. Partia razem z tłumaczeniem zasad zajęła nam niewiele ponad 45 minut, grało się przyjemnie, chętnie bym powtórzył ale mimo wszystko gry bym nie kupił. Partia odbyła się w składzie 4 osobowym (Ja, Szopa, Cirrus, Zet).
Ninja vs Ninja, to kolejny tytuł dwuosobowy w który udało się zagrać. Na planszy w wyznaczonych miejscach, każdy gracz wystawia sześciu swoich ninja (figurki są zabawne i są jedyną zaletą tej gry), na bocznych listwach punktacyjnych natomiast ustawia figurkę mistrza, służącą do zaznaczania ilości zdobytych punktów, oraz figurkę szarego ninja do oznaczania punktów zdobytych podczas wyprawy do dojo przeciwnika. Tura zaczyna się od rzutu kostkami i poruszeniem się o tyle pól ile wypadło. Piony przesuwa się normalnie po prostej przy czym można raz skręcić, jak koń w szachach. Plansza podzielona jest na trzy części: czerwone dojo, strefę neutralną i czarne dojo. Punkty zdobywa się proporcjonalnie do tego na ile pól w dojo przeciwnika udało nam się wejść, pod warunkiem, że wrócimy do naszego dojo w całości. piony innych przeciwników można usunąć poprzez zbijanie ich dokładnie w ten sam sposób co w szachach. Gra jest nieziemskim crapem i za nic w świecie bym jej nie kupił.
Nigdy za bardzo nie przepadałem za twórczością dr Reinera Knizi
, jednak na X Pionku zagrałem w dwie jego gry i o dziwo obie mi się podobały. Pierwszą z nich był Samurai. Do Samuraia zasiedliśmy w czteroosobowym składzie: ja, Szopa, Max-star i Przemek. Gra dzieje się oczywiście w Japonii gdzie gracze dążą do dominacji nad trzema grupami społecznymi, które w grze reprezentują figurki, hełmów, buddy i pól ryżowych (swoją drogą zajebiste w dotyku, zrobione z pleksiglasu). piony rozkłada się na planszy w miejscach zaznaczonych budynkami. Każdy z graczy dostaje zestaw żetonów, po użyciu dociąga się tyle, żeby mieć ich na ręce 5. Na żetonach zazwyczaj jest rysunek figury na którą on wpływa i wartość żetonu. W ten sposób otaczamy miasta pasującymi żetonami, gdy miasto zostanie otoczone rozstrzyga się kto wywarł więcej wpływu i ta osoba zabiera figurę z miasta. Gra kończy się gdy wszystkie figury z jednej grupy zostaną zabrane. Naprawdę bardzo fajna gra, sam zastanawiam się nad zakupem.
Po Samuraiu nadszedł czas na Czerwony Listopad. Od dawna chciałem sprawdzić ten tytuł, jednak nie było nigdy okazji. Gra jest grą kooperacyjną, jako załoga gnomiego
okrętu podwodnego musimy dotrwać do przybycia ewakuacji. Oczywiście nie jest to łatwe, całą sprawę utrudniają zalania, pożary awarie maszynowni, samo uzbrajanie się rakiet, Kraken czy pijaństwo twoich towarzyszy... Bardzo spodobały mi się przykłady klimatycznej mechaniki. W niektórych grach są zasady które po prostu są, natomiast tutaj wszystko jest wytłumaczone w sensowny sposób np. w przypadku wybuchu pożaru spada poziom tlenu, a pomieszczenie zalane wysoką wodą po otworzeniu drzwi wyrównuje poziom z innym pomieszczeniem. Szata graficzna również mi się podobała, jednak w grze zabrakło trochę emocji, uczucia zagorzenia, które stanowi podstawę gier kooperacyjnych. Natomiast po rozmowie z Multim
, który tłumaczył nam zasady, dowiedziałem się, że dużo zależy od ułożenia się kart. Zagraliśmy w cztery osoby: ja, Szopa, Aswiech
i Przemek zastąpiony później przez Bartka. Udało nam się przetrwać a gra na pewno zasługuje na następną partie. W tym momencie nastąpiła mniej więcej 45 minutowa przerwa na zakup Merlin`s Company oraz na szamę ;)
Po powrocie zostaliśmy zaproszeni do gry w Filary Ziemi. W grze wcielamy się w budowniczych i dążymy do wybudowania katedry. Gra składa się z sześciu rund, na końcu każdej z nich powstaje nowy element katedry. Pierwszą rzeczą która przykuła moją uwagę jest plansza, ilustrowana przez Michaela Menzla. Plansza jest piękna, szczegółowa i ogólnie cudowna (zainteresowani mogą ją zobaczyć
tutaj). Każda z sześciu rund wygląda dokładnie tak samo. Wykłada się karty surowców, cztery karty rzemieślników i dwie karty postaci, które dają różne pożyteczne dodatki jak np. natychmiastowe 3 punkty zwycięstwa. Pierwszy gracz wybiera kartę surowców i wysyła w dane miejsce (las, kamieniołom, żwirownia) podaną na karcie liczbę robotników, następnie gracze zgodnie ze wskazówkami zegara robią to samo, gdy żaden z graczy nie może już nigdzie wysłać swoich robotników, trafiają oni do przędzalni, gdzie zamiast surowców dostajemy tyle pieniędzy, ile wysłaliśmy robotników. Tak kończy się kolejna faza i zaczyna się faza rozstawiania budowniczych. Pierwszy gracz losuje z woreczka pion i przekazuje go graczowi który gra kolorem który został wylosowany. Gracz ma teraz do wyboru, zapłacić i postawić na planszy budowniczego (na początku płaci się 7 złota, z każdym kolejnym losowaniem cena spada o jeden), lub postawić go na rozecie i wykorzystać gdy pozostałe piony zostaną rozlosowane. Warto inwestować w piony żeby zając co bardziej lukratywne miejsca, np. namiot królewski który daje nam jeden znacznik metalu i dodatkowo zwalnia nas z podatku. Po tej fazie następuje zebranie surowców i wymiana ich na punkty zwycięstwa. I tak przez 6 rund, gra jest przyjemna rodzinna o czym dodatkowo świadczy to, że graliśmy w 4 osobowym gronie: ja, Szopa, Dawid i Karol (lat na oko 10). Polecił bym przede wszystkim osoba które szukają swojej pierwszej gry planszowej.
Po chwili krzątania się po sali w szukaniu wolnych graczy Trzewik spytał się mnie i Szopy czy nie dołączymy się do Key Largo, oczywiście dołączyliśmy się. W pełnym 5-osobowym składzie (ja, Szopa, Leszek, Tiamat i Mikołaj) i "wytłumaczeniu zasad" rozpoczęliśmy wyławianie skarbów, bo na tym Key Largo polega. Na początku tury każdy gracz wybiera dwie karty reprezentujące to co będzie robił. Do wyboru mamy zatokę (dostajemy pieniądze), połów (wybieramy jedną z kupek kart wokół planszy i bierzemy odpowiednią ilość kart) oraz różnego rodzaju sklepy (kupienie dodatkowych nurków, harpunów czy sprzedaż wyłowionych przedmiotów). Nie będę się zagłębiał w mechanikę ponieważ pod koniec gry żaden z nas nie był pewien czy graliśmy dobrze. Pomimo wszystkiego było dużo śmiechu i partie uważam za udaną.
Po tej partii opuścił nas Tiamat i w 4-osobowym składzie rozegraliśmy partie w Modern Art, drugą grę Knizi
, która mnie zachwyciła. Gra polega na licytacji obrazów sztuki nowoczesnej (która są brzydkie jak noc). W rogach karty znajduje się ikona przedstawiająca jaki typ licytacji to będzie, tych typów jest pięć. Pierwszy typ to licytacja otwarta, czyli toczy się bez kolejek dopóki ktoś nie poda ceny, przez którą inni gracze spasują. Drugim typem jest aukcja jednorazowa, gdzie każdy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tylko raz może podać swoja ofertę. Typ aukcji w zamkniętej dłoni, polega na tym, że każdy z graczy bierze odpowiednią ilość znaczników do ręki i kładzie ją na stół, po czym na raz wszyscy pokazują ile kto dał, a największa oferta wygrywa. Czwartym typem jest opcja ustalonej ceny, tutaj organizator podaje cenę obrazu i pierwsza osoba która to zaakceptuje kupuje obraz, jeśli wszyscy spasują organizator sam musi kupić obraz. Ostatnim typem jest aukcja łączona, czyli po prostu sprzedaż dwóch obrazów przy czym drugi obraz określa typ aukcji. Gra trwa cztery rundy, dodatkowo po każdej rundzie ustala się trendy na rynku obrazów, oznacza to że obrazy najpopularniejszego artysty (najwięcej jego kart jest na stole) są warte więcej. Po czwartej rundzie gra się kończy a zwycięzcą jest osoba posiadająca najwięcej hajsu.
Ostatnią rzeczą w jaką zagrałem na Pionku było Rythme
and Boulet
, jak dla mnie odkrycie zeszłego pionka. Jest to gra imprezowa polegająca na wybijaniu rytmu "We will rock you
"
, przy czym każdy uczestnik ma kartę na której jest jakiś gest, salut, uniesiony kciuk czy coś podobnego. Po dwóch uderzeniach, zamiast klaśnięcia trzeba pokazać swój gest a następnie gest kogoś przy stole, wskazana osoba musi pokazać znowu swój gest i czyjś. Oczywiście wszystko w rytmie hitu Queen, a rytm można zawsze przyspieszyć ;) Gra jest przezabawne i nie mogę się doczekać na polską edycje szykowaną przez rebel
.pl. Grę udało się rozegrać w 6-osobowym gronie: ja, Szopa, Mikołaj, Cirrus, Danka i jej partner, którego imienia zapomniałem :/
Podsumowując, wyjazd bardzo udany. Kto nie był na Pionku powinien pojechać, żeby na własnej skórze przekonać się jaka jest tam cudowna atmosfera. Polecam i już niecierpliwie czekam na następną edycje w przyszłym kwartale.
Amen